Blog

Oddalanie

Oddalanie Zaczyna się wcześnie. Zaczyna się od przyjścia na świat. Długo wyczekiwany moment – dla rodziców czy dla nowej duszyczki – w każdym razie z założenia pełen radości i zagadkowych przeczuć: czy będzie podobny bardziej do mamy, czy do taty? Najlepiej, gdyby do siebie, ale i to nie do końca może się zdarzyć, bo już na dzień dobry dostajemy tzw. “pakiet powitalny” w postaci szczepionek, które zmieniają nasze ciało na starcie. Kto czytał o zmianach, jakie uruchamia szczepienie, ten może się domyślać, że podawanie tych dawek w ciągu kilkunastu godzin po narodzinach – jak w przypadku WZW B i gruźlicy – to dość szybkie tempo. Szczególnie, że jeszcze nie zdążyliśmy poczuć, jak to jest po prostu POBYĆ na tym świecie. Jest trochę badań i głosów w środowisku naukowym, które sugerują, że kontakt tak małego organizmu z substancjami typu rtęć, czy starszego organizmu z „podobnymi dodatkami” – nie jest obojętny dla zdrowia. Ani tuż po narodzinach, ani dużo później. I w moim odczuciu to także wpływa na nasze oddalanie od siebie – wcale nie – mimochodem. Tym bardziej, że zanim jeszcze zdążymy się rozgościć w tej nowej rzeczywistości, już za chwilę, już zaraz czeka nas przedszkole… tfu, żłobek. Bo jakby od przedszkola się zaczynało, to ominąłby nas stres związany z byciem daleko. I to nie tylko od mamy (czy głównego opiekuna).  Ale i tu nie do końca się udaje. Bo zanim dziecko na dobre zacznie swoją przygodę z mową, już musi się nieźle nagimnastykować, żeby odnaleźć się w świecie żłobka – pełnym bodźców, niepewności i lęku przed rozłąką. I nie jest to już żadną nowością, że właśnie w pierwszych trzech latach życia buduje się najgłębsza więź z opiekunem, a przedwczesna rozłąka może powodować niepokój i długofalowy lęk. To przecież czas budowania przywiązania, poczucia bezpieczeństwa i zaufania do świata (zob. John Bowlby, Mary Ainsworth, czy np. „Encyklopedia rodzice i dzieci”, praca zbiorowa, Park 2002,). A im więcej bliskości, tym łatwiej pozostać sobie naprawdę – bliskim/ą. Z kolei każde przedwczesne rozdzielenie, nawet w dobrej wierze, może poszerzać dystans, który z czasem zakorzenia się nie tylko w naszej fizyczności, ale i w emocjach. Po co ten żłobek? Powodów jest wiele: od społecznego konceptu na szybkie „Mama wraca do pracy” czy „Aktywny rodzic”, przez kilka stówek więcej do domowego budżetu, po argumenty, że przecież „na te wszystkie 800+ też ktoś musi pracować” – i tu już każdy może sobie dopowiedzieć resztę. Ale abstrahując od motywacji – właśnie tu, w żłobku, zaczyna się znane wielu rodzicom koło… a może raczej koło przerywane, bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy znów się zatrzyma, a kiedy na chwilę ruszy. Kto przeżył żłobek, ten wie: katarek z gilem do pasa, tłumaczenie pani, że to „znowu ta alergia”, potem gorączka, nieprzespane noce, L4 i wartko proponowany antybiotyk na zmianę ze sterydem – czyli kolejna dawka chemii, która trafia w nas zdecydowanie za wcześnie. Trzy dni chodzenia, dwa dni przerwy i znowu to samo. Po drugiej stronie „nieAktywny rodzic” – kolejny niedospany dzień w pracy, bo przecież „alergiczny katarek” czy ząbkowanie też zaraża, a jeszcze jedno L4 w tym miesiącu tylko pogłębia krzywe spojrzenia współpracowników z team’u. Tak to już jest z tym przerywanym kółkiem, które niby się kręci, ale jakby prowadzi donikąd – a już na pewno w tym czasie się nie domyka. Jest jeszcze wariant z wyrywaniem z rąk w szatni, ale to już temat rzeka. A skoro o rzece mowa, to może warto czasem spojrzeć właśnie w jej stronę? A właściwie w stronę natury. Oddalenie od niej, która instynktownie podpowiada, kiedy być razem, a kiedy pozwolić na samodzielność – to też coś, co coraz częściej nam umyka. Nawet najbliższe nam ssaki, takie jak szympansy czy goryle, nie rozstają się z matką do kilku lat (nawet do 5). Fizyczną bliskość tracą dopiero, gdy naprawdę są gotowe, czyli nie wtedy, gdy zadecyduje o tym system. Dlaczego nam, mamom (w większości), tak trudno jest dziś wytrzymać z podlotkiem i cierpliwie czekać na ten właściwy moment? Bo to już nie czasy, kiedy dziadki, ciotki i kuzynki kręciły się wokół tego samego domu, albo zaraz obok – czy też w kolejnej wiosce, by choć na chwilę doglądnąć malucha i dać odpocząć mamie, pomagając jej w tym ważnym życiowym przedsięwzięciu. A może dlatego, że w świecie, w którym wszystko przyspiesza jest nam trudno odpocząć albo dojść do siebie, bo w kluczowym okresie po porodzie, kiedy hormony, sprawność mięśniowa, nastrój i psychika potrzebują miesięcy, by „wrócić do siebie”, mama zostaje oderwana na większość dnia równie mocno od potrzebnego jej wsparcia dorosłych – innych niż team’owe koleżanki. A jeśli trafi się na czas przerywanego koła, to zamknięta pośród betonowych ścian, i tak zostaje sama…Bo dzieje się w świecie, gdzie narracja społeczna o biznesmamie, parciu wyżej, mocniej, dalej i względy ekonomiczne – jak spłacanie trzydziestoletniego kredytu na start – sprawiają, że na zwyczajne bycie razem coraz trudniej znaleźć miejsce i czas. Coraz trudniej jest nam po prostu być – i zaufać, że to “bycie razem” jest najważniejsze. Nie dziwi więc coraz większa popularność szamańskich tańców, kręgów kobiet czy szeptuch i innych tego typu inicjatyw kolektywnych. Bo natury – tej prawdziwej i pierwotnej– oszukać się nie da. A co potem? A potem jest przedszkole. Kolejna dawka chemii w formie szczepionek przypominających i hops – znowu o krok dalej od siebie. Co do lęków i oddzielenia, tu sprawa staje się już prostsza (choć wiele zależy od konkretnego dziecka). Generalnie przyjmuje się, że około czwartego roku życia dziecko jest już wystarczająco dojrzałe, by pójść do przedszkola – szczególnie jeśli samo szuka kontaktu z rówieśnikami i coraz bardziej pragnie samodzielności, czy wręcz niezależności od rodziców. Na przykład nie protestuje, kiedy na placu zabaw zostaje z ciocią. A jeśli nie jest gotowe, a mimo to idzie – często zaczyna się cykl chorób i infekcji. Bo to nasze ciało- mądre jest i potrafi pokazać bunt również poprzez objawy psychosomatyczne. Następnie szkoła. Ilość napisanych artykułów, podcastów, shortów i cały wzrost świadomości sprawiają, że już chyba nikt nie musi tłumaczyć, jak archaiczny bywa nasz system edukacyjny. Czasem, stojąc na apelu córki czy syna, naprawdę mam

Oddalanie Dowiedz się więcej »

Haga – miasto w ruchu. Moje odkrycia z holenderskiej stolicy aktywnego życia.

Haga – miasto w ruchu. Moje odkrycia z holenderskiej stolicy aktywnego życia. Mówi się, że „małe jest piękne” – i trudno się z tym nie zgodzić, patrząc na Holandię. Ten niewielki kraj, zajmujący powierzchnię ok. 7,5 razy mniejszą od Polski (ok. 41,543 km²) pokazał mi, jak wielkie rzeczy można osiągnąć dzięki przemyślanym rozwiązaniom i konsekwencji w działaniu. Spontaniczna podróż do Hagi okazała się nie tylko piękną przygodą, ale prawdziwą lekcją tego, jak można żyć aktywniej, zdrowiej i… szczęśliwiej w jakimkolwiek miejscu. Nasza podróż do Hagi rozpoczęła się już na lotnisku w Eindhoven, gdzie od razu doświadczyliśmy, jak sprawnie działa holenderski system komunikacji. To, co mogłoby wydawać się w miarę skomplikowaną i męcząca trasą: autobus 404 do dworca centralnego, przesiadka w pociąg Sprinter, kolejna przesiadka w inny i finalnie tramwaj w Hadze – okazało się być przyjemną i bezstresową podróżą. W dodatku bardzo intuicyjną, ze względu na czytelne oznaczenia wskazujące kierunki, perony i godziny odjazdów. Holendrzy stworzyli system, który działa jak szwajcarski zegarek. Wszędzie prowadzą nas przejrzyste informacje. A jeśli w jakimś aspekcie czujemy niedosyt, to na każdym kroku można spotkać pomocnych, uprzejmych i zadowolonych ludzi, gotowych wskazać drogę czy doradzić najlepsze połączenie. A co najważniejsze! niepoprawnie odbitą kartę bankomatową przy wejściu do tramwaju potraktują jak pomyłkę, by zaraz później pokazać jak to zrobić właściwie lub poprosić o wyjście na następnym przystanku. Wow! jak dobrze, że można uczciwie nie wiedzieć, że można się pomylić, nie dopatrzeć, bez dojmującej konsekwencji w postaci wysokiego mandatu okraszonego wstydem „oszukańca”! Schludność i czystość dworców oraz środków transportu, ulic, chodników to kolejny element, który sprawił, że podróżowanie po Holandii było dla nas czystą przyjemnością. Może to także dzięki koszom na śmieci „wbudowanym” w ziemię? Nie wiem kto był pomysłodawcą, ale w całości „kupuję” ten pomysł, bo naprawdę trudno szukać tańczących na wietrze papierków, choć szumu wiatru akurat w tym miejscu nie brakuje. Nie brakuje też szumu rowerowych kół i spokojnego rytmu kroków pieszych – czyli tego, co urzekło mnie w Hadze najbardziej: miasto pulsujące ruchem innym niż ten, do którego przywykliśmy w większości europejskich metropolii. Zamiast wielkiego zgiełku samochodów, dominuje tu miarowy, jakby uspokajający rytm, w którym człowiek i jego naturalne potrzeby są na pierwszym miejscu. A to m.in. za sprawą przestrzeni zaprojektowanej z myślą o ruchu:  🚲 Szeroko rozciągającej się sieci ścieżek rowerowych i dogodnych oraz łatwych możliwości wypożyczania tego jednośladu 🚶‍♀️Bezpiecznych, szerokich przejść dla pieszych wraz z wyraźnym ich oznaczeniem 👣 Przestronnych i czystych chodników zachęcających do spacerów 🌳 Licznych parków i terenów zielonych, gdzie można aktywnie spędzać czas Patrząc na holenderskie miasta, marzę o podobnych rozwiązaniach w mojej (i nie tylko) okolicy. Cieszy mnie fakt, że przez ostatnich kilka lat pojawiło się wiele udogodnień, ale teraz przyszedł czas na kolejny krok – odkrycie na nowo uroku podróżowania 🚂, 🚊 czy 🚲. W dalszym ciągu dominującym środkiem transportu jest samochód, nie rzadko z jednym pasażerem w środku… Byłoby super, gdybyśmy wszyscy spróbowali choć raz w tygodniu zamienić samochód na alternatywny środek transportu. Co Wy na taki challange? Holendrzy przodują też w światowych statystykach dotyczących aktywności fizycznej. Według badania Ipsos z 2021 roku, mieszkańcy Niderlandów są najbardziej aktywnym narodem spośród 29 badanych krajów – spędzają średnio 12,8 godziny tygodniowo na różnych formach ruchu, co jest wynikiem dwukrotnie wyższym niż średnia globalna wynosząca 6,1 godziny (źródło: Ipsos). Co więcej, najnowsze dane z RIVM (Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego i Środowiska) pokazują, że 56% Holendrów w wieku powyżej 4 lat uprawia sport przynajmniej raz w tygodniu (źródło: RIVM). Z kolei Bicycle Dutch ( Bicycle Dutch) informuje, że w Hadze 38% wszystkich podróży odbywa się na rowerze. Jest to znaczący odsetek bike’owych 😉 miłośników, choć jeszcze większym może pochwalić się Utrecht (51%). To nie tylko sposób przemieszczania się – to styl życia. Rodzice jadą do pracy na rowerach, dzieci pedałują do szkół, alternatywnie korzystają z tramwaju, a weekendowe wycieczki rowerowe są tak naturalne jak dla nas niedzielny obiad u babci. Czy to jakaś zbieżność, czy działa tu reguła dowodu społecznego? („wszyscy mają mambę – mam i ja” – „wszyscy jeżdżą na rowerze- jeżdżę i ja”! Robert Cialdini). Działa, czy nie… jakby to było zamienić co 2-gi niedzielny obiad „u babci” na wycieczkę rowerową całą familią na świeżym powietrzu bez względu na pogodę? Holenderskie podejście do aktywności fizycznej różni się od tego, które znamy z Polski. Tutaj nie jest to „dodatkowe zajęcie” czy „hobby” – to naturalny element każdego dnia. Nawet Madurodram – miniaturowy świat holenderskiej historii i kultury, proponując interaktywną rozrywkę, wyróżnia się ruchem: wiatraki obracają się napędzane pogodą, stateczki wycieczkowe kursują po kanałach, w tunel wjeżdżają pędzące nowoczesne pociągi, a na lotnisku Schiphol – ruch, jak co dzień.   Według badań Narodowego Instytutu Zdrowia, dorośli Holendrzy spędzają średnio 24 (mężczyźni) i 28 (kobiety) minut dziennie na samym tylko chodzeniu i jeżdżeniu na rowerze (źródło: NIH), co idealnie wpasowuje się w zalecane normy aktywności fizycznej. Jako osoba tworząca treści dla dzieci, widzę w tym ogromną inspirację. To pokazuje, jak ważne jest wpajanie nawyków aktywnego życia od najmłodszych lat, nie poprzez nakazy, ale przez tworzenie odpowiedniego środowiska, przestrzeni i kultury. Co możemy przenieść z holenderskich doświadczeń do naszego życia? 👣 Traktowanie ruchu jako naturalnej części dnia 👨‍👩‍👧‍👦 Włączanie całej rodziny w aktywności fizyczne 🎯Wybieranie aktywnych form transportu, gdy to możliwe 🌸 Spędzanie więcej czasu na świeżym powietrzu …tym bardziej, że Polska natura także zachwyca swoją różnorodnością: od szumu fal Bałtyku na północy, przez dzikie ścieżki Bieszczad na południu, po krystaliczne jeziora Mazur na wschodzie i tajemnicze lasy na zachodzie – każdy zakątek naszego kraju oferuje wyjątkowe możliwości do aktywnego wypoczynku i wyciszenia. Tak jak w Hadze, której jednym z największych skarbów jest wyjątkowe położenie nad Morzem Północnym 🌊. Scheveningen, nadmorska dzielnica miasta, w której zatrzymaliśmy się na kilka dni, oferuje bezpośredni dostęp do morskiej przestrzeni. To nie tylko plaża i promenada – to miejsce, gdzie natura spotyka się z miejskim życiem w najbardziej harmonijny sposób. Spacerując brzegiem morza, obserwując fale i wsłuchując się w szum wiatru, można dosłownie poczuć, jak stres odpływa wraz z każdą kolejną falą. Holendrzy doskonale rozumieją terapeutyczną moc natury – często można spotkać tu rodziny na

Haga – miasto w ruchu. Moje odkrycia z holenderskiej stolicy aktywnego życia. Dowiedz się więcej »

Mikołajkowy natłok, czyli kiedy mniej znaczy więcej 🎅 🎅 🎅

Mikołajkowy natłok, czyli kiedy mniej znaczy więcej 🎅 🎅 🎅   Mniej znaczy więcej, zwłaszcza gdy mówimy o rozdawaniu słodyczy czy grającego, migoczącego plastiku jako opcjonalnej formie prezentu. W czasach, gdy Mikołajki stały się niemalże festiwalem komercji, czekoladki, lizaki, tanie, plastikowe, szybko psujące się drobiazgi, stanowią często wybieraną opcję, która zaspokaja chwilową potrzebę obdarowywania, ale nie wnosi trwałej wartości do życia naszych dzieci.  W ostatni miesiąc roku jedno z pytań, które skłania mnie do zastanowienia się nad grudniową euforią brzmi: czy ta cała mikołajkowa gorączka naprawdę służy naszym dzieciom?  6 grudnia to dzień, kiedy Mikołaj odwiedza przedszkole, w szkole zostawia prezenty robiąc je jeden drugiemu z maminych pieniędzy („Mamo, a dlaczego Alek składa się na jakieś prezenty mikołajkowe?), Mikołaj zagląda do domu, dziadek dzwoni i mówi, że i u niego też był i coś zostawił, a na tańcach wchodzi, delikatnie przerywając układy gimnastyczne, by wręczyć po cukierku. Prababcia z entuzjazmem potwierdza, że nawet do jej domu zawitał Święty z podarunkiem… I tak dzieci słyszą w kółko tę samą opowieść: Mikołaj tu był, tam był i jeszcze gdzieś indziej również zdążył wpaść. Bo widoczne zamieszanie związane z pojawianiem się Mikołaja w szkole, w domu, u dziadków i w każdym sklepie to – w moim odczuciu – zbyt wiele dla mnie, dorosłej osoby, która widzi go i tu, i tam, słyszy wszechobecne „ho ho ho”, a także płaci na szkolne składki, uśmiecha się do zorganizowanych na zajęciach dodatkowych – mikołajkowych eventach oraz próbuje ogarnąć logistykę tych wszystkich „magicznych” spotkań. Zbyt wiele nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla małych głów… 🎁 Mikołajkowe Święto w Każdym Miejscu „Mamo, a który to jest prawdziwy Mikołaj?” – zapytała zdezorientowana już Rozalia, kiedy starszy brat, niczym mały detektyw zadał jej podchwytliwe pytanie: „Roza, a to Ty nie widzisz, że ten Święty, który jest w tylu miejscach na raz ma sto twarzy, adidasy Nike’a i czasem nawet zapomina zdjąć metkę z kostiumu?” Rozalia spojrzała na brata z niedowierzaniem, a potem na mnie, szukając odpowiedzi… Te dwa pytania – i córki, i syna – uświadomiły mi, że coś tu zaczyna się kruszyć; że ta piękna, dziecięca wiara staje się coraz bardziej chwiejna pod naporem nachalnej komercji i wszechobecnych „fałszywych” Mikołajów. I naprawdę nie wiedziałam, czy odpowiadać i wtrącać się w ich rozmowę, czy nie, bo mając na uwadze obnażającą się prawdę tak widoczną jak nigdy wcześniej (mniej ekranów, socialów, możliwości porównywania i z daleka machających napompowanych postaci chwiejnie trzymających się na (jeszcze listopadowym) wietrze itp. itd.), miałam wrażenie, że my, dorośli, sami odbieramy dzieciom radość z prostego przeżywania magii, zastępując ją niepotrzebnym chaosem.  Z jednej strony chciałabym, żeby magia Mikołaja trwała jak najdłużej, z drugiej – nie mogę ignorować tego, że wszystko wokół staje się zbyt przejrzyste. Czuję też, że nadmiar sprzecznych informacji wprowadza także chaos w naszym – rodzicielskim – podejściu do budowania tej „magii”.  W końcu w dobie, kiedy media społecznościowe, filmy i reklamy krzyczą o Mikołaju z każdej strony, trudno utrzymać tę delikatną iluzję. Poza tym, pozostaje jeszcze jedno pytanie: kiedy przychodzi ten Święty Mikołaj? czy pojawia się wyłącznie 6grudnia? Czy w tym terminie przychodzi tylko na chwilę, by powrócić w innym tj. zostawiając prezenty pod choinką w czasie Bożego Narodzenia? Czy to także jego sprawka? A jeśli tylko 6grudnia, to skąd prezenty 24 grudnia? A może przynosi je i wtedy i wtedy?  A tak poza tym… wyobraźmy sobie, że jako dorośli, widzimy tę samą osobę w kilku miejscach naraz. Brzmi niepokojąco, prawda? Dzieci próbują to zrozumieć na swój sposób i wcale im się nie dziwię, że mają z tym trudności… Czy musimy aż tak mnożyć te spotkania z Mikołajem? Czy nie lepiej byłoby wrócić do „początków” i wybrać jedną, naprawdę wyjątkową wizytę? …albo w ogóle? A jeśli nie, to czy wyobrażacie sobie, by mogły zniknąć te plastikowe zapychajki lub czekolado-podobne doładowywacze energii, które wpływają na leczoną później jako dziecięce zaburzenie – nadpobudliwość?  My ostatnio pojechaliśmy na spotkanie Mikołaja z Laponii w jednym z bardzo unikalnych miejsc na turystycznej mapie Polski. 🦌❄️Gościem specjalnym był Joulupukki czyli licencjonowany Święty Mikołaj prosto z wioski Rovaniemi. 🎅 Mimo najbardziej pracowitego okresu w roku, odwiedził Polskę podczas wyjątkowej wizyty w Karkonoszach. A jakich miał przytulnych pomocników! Trzy puchate, wysportowane i szybkie Husky. Ognisko, ciepła herbata i tyle ciekawostek w jednym! Bo wiedzieliście na przykład, że Mikołaj w lecie lubi łowić ryby (ale zawsze zapomina haczyków!)? Było biało, ciepło, przepięknie, mądrze i bardziej zrozumiale dla mojego (i nie tylko) dziecka.  Droga do Wolności… A może prawdziwa magia tkwi w tym, by w pewnym momencie powiedzieć dzieciom prawdę? Czy „zdemaskowanie” Mikołaja jako postaci symbolicznej może być krokiem ku większej autentyczności? Zamiast tworzyć zamieszanie, może dobrze byłoby wyjaśnić, że Mikołaj to symbol dobroci, dzielenia się i radości. W końcu…. warto pamiętać, że Święty Mikołaj ma swoje korzenie w historii. Był prawdziwym człowiekiem – biskupem Mikołajem z Miry, który pomagał potrzebującym. To postać, która uczy, że największym prezentem jest dawanie i pomaganie innym. To nie moja rola, by poddawać w wątpliwość tradycje, które pielęgnujemy w naszych domach. Wszystkie są dobre, gdy służą dobru. Każda rodzina ma przecież swoje unikalne sposoby na celebrowanie tego czasu. Niczego też nie zamierzam sugerować. Podzielę się jednak własnym przemyśleniem, że kluczowe jest w tym wszystkim to, aby tradycje wzbogacały nasze życie, a w tym przypadku, także przyszłe tradycje naszych dzieci i pomagały im zrozumieć prawdziwe wartości, które staną się fundamentem budowania ich dorosłego świata. I żeby było jasne: nie jestem przeciwniczką celebracji tego dnia, ale uważam, że warto zastanowić się nad tym jaki kierunek obrać, by kształtować tradycje inne niż te oparte na plastikowo-czekoladowych giftach. Zamiast tego można rozważyć: Wszystkie te pomysły można zrealizować z rodzicami, w szkole, przedszkolu itp. itd. Mniej znaczy więcej: mniej dawania, mniej udawania, chaosu, zagubienia, mniej kosztów na to, by zasilać centra handlowe na sztuczne mikołajki. Więcej: dobra, wspólnie spędzonego czasu, kreatywności i autentyczności. 🎅 A Wy, jak podchodzicie do mikołajkowego szaleństwa? Podzielcie się proszę swoimi przemyśleniami!

Mikołajkowy natłok, czyli kiedy mniej znaczy więcej 🎅 🎅 🎅 Dowiedz się więcej »

Granice widoku(ufff). 

Ufff, I did it! – brzmiał głos w mojej głowie zaraz po tym jak wspięłam się na Gjeravicę. I od razu ten  zapierający dech w piersiach: widok – styk nieba i ziemi, czyli tu, gdzie wszystko wydaje się możliwe.  Trzeba „tylko” wierzyć w te możliwości, a podczas wędrówki czasami zrobić przerwę: bo to, że podczas  wspinaczki – tej górskiej i tej życiowej – przyjdzie moment, kiedy zabraknie sił, jest nieuniknione,  szczególnie, jeśli dotychczas wspinałeś/aś się niżej. Poddanie się też jest odwagą, ale jeśli masz przed  sobą takie widoki, to jakaś moc i tak popcha Cię do przodu. Moc albo ktoś, kto ma jej więcej niż Ty i  potrafi dmuchać w skrzydła (dziękuję Grześku!).   Wędrówka   Gjeravica jest miejscem wyjątkowym nie tylko z powodu swojej wysokości, ale i umiejscowienia: leży  w paśmie Gór Przeklętych na granicy trzech państw – Czarnogóry, Kosowa i Albanii. Taka kompilacja  sprawia, że od razu ukazuje mi się przed oczami wykreowany przez wyobraźnię obraz przenikania się   światów i kultur jawiący się jako żywy gobelin historii splatających różnorodne tradycje, języki i  opowieści. Również te o naturalnych podziałach wytyczonych przez czas, historię i geografię. Obraz jedności w różnorodności.  Sam szlak na szczyt jest zróżnicowany: raz prowadzi szeroką doliną, innym razem przez strome skały,  zmuszając do wysiłku zarówno ciało, jak i umysł. Jak w pisaniu książeczki – angażujesz wszystkie swoje części duchowe, mentalne i fizyczne. Pojawiające się podczas pisania wątpliwości i problemy nie do  rozwiązania skłaniają do patrzenia na granice z różnych perspektyw, by realnie przejść przez to co się  da i co musi zostać „nieidealne”. Bo nie wszystko uda się dokładnie tak, jak zakładamy. Jak z górską  ścieżką – nie tylko jedna z nich prowadzi na szczyt, a na niektórych można się potknąć czy zranić nogę  o kamień. Ale to właśnie te zakręty, kamienie i mentalne przeszkody sprawiają, że droga nabiera  prawdziwego znaczenia. Zauważysz to nie tylko w odbiciu przepięknego, przejrzystego stawu, który  miniesz po drodze (Deravica Lake), ale także w rezultatach swojej własnej pracy. To jak przypomnienie, że nasze cele i marzenia nie zawsze osiągamy w linii prostej: czasem musimy  zboczyć, zatrzymać się, by złapać oddech lub znaleźć nową ścieżkę, której wcześniej nie braliśmy pod  uwagę. Każdy krok, nawet ten niepewny, prowadzi nas jednak coraz bliżej. A nieprzewidywalność i  włożony wysiłek przynoszą prawdziwą satysfakcję, budując naszą wytrzymałość i wiarę w to, że  jesteśmy w stanie pokonać kolejne granice –te na górskich szlakach i na życiowych ścieżkach.  A na górze: rześkość powietrza w płucach i na wyciągniecie ręki – obrazy górskich granic – tych  geograficznych, które oddzielają Kosovo, Czarnogórę i Albanię i tych, które oddzielały mnie od tego,  co wydawało się niemożliwe, by zrobić to, czego chciałam. Bo to granice wyznaczają, jak daleko  jesteśmy gotowi sięgnąć po marzenia.  Przekraczanie (nie)możliwości.  Wydanie tej książeczki było dla mnie, paradoksalnie, równie trudnym wyzwaniem, co zdobycie  Gjeravicy. Głownie przez strach myślenia. Co do książeczki – czy się uda, a co do Kosova: strachu  związanego z historią kraju, innością miejsca w porównaniu do tych „bardziej” europejskich oraz wysokością samej góry, bo dotychczas na tak wysoką (dla mnie), nie miałam okazji się wspinać.  Historia Kosowa budziła w mojej głowie mieszankę pytań, emocji i refleksji. To taka opowieść pełna  napięć i trudnych decyzji czy doświadczeń, które wciąż wpływają na życie codzienne i tożsamość ludzi  zamieszkujących ten region. Patrząc z góry na granicę trzech państw, poczułam, że historia tego  miejsca wpływa jeszcze mocniej na jego teraźniejszość. Wnioskuję to także z rozmów z mieszkańcami  Kosova. Granice nie są tylko liniami na mapie – to podziały, które przez dekady dzieliły ludzi,  formowały ich przekonania i kształtowały narodowe tożsamości. I jak do wszystkiego – trzeba także  czasu, by narodziło się nowe (myślenie).  Dla Kosowa walka o niezależność to więcej niż polityczna deklaracja – to dążenie do samookreślenia  się i godności, a historyczne korzenie to nie tylko zapis przeszłych wydarzeń, ale przede wszystkim  głęboko zakorzenione historie ludzi, którzy przez pokolenia mieszkali i tworzyli kulturę tego miejsca. I  nadal tworzą, tylko po nowemu…  Te historie kształtują ich własną przyszłość, ale przypominają także nam wszystkim o tym, jak mocno  kształtowanie naszych myślowych historii, wyobrażeń, wpływa na to, co tu i teraz, na to jak będzie i na  samodzielny wybór własnej drogi.  (Powyżej mam bardziej mam na myśli napięcia pomiędzy Serbami i Albańczykami zamieszkującymi  Kosowo, które zaczęły się jakiś czas temu, ale nie chcę tu pisać o historii tych konfliktów).  Patrząc na rozciągające się kraje, dostrzegłam też, jak bardzo złudne są niektóre podziały. Nie tylko te  w głowie. Na szczycie przecież wyraźnie da się odczuć jedność przestrzeni i zrozumienie, że czasami  to, co na mapie (myśli) jest granicą, w rzeczywistości stanowi jedynie kolejny etap podróży. Podobnie  jak z twórczością – to nie cele ograniczają nas, ale nasza wiara (lub jej brak) w siebie.  Cała ta podróż to także zagłębianie się do swojego wnętrza, walka z własnymi lękami, z przekonaniem,  że istnieją takie miejsca, do których dostęp wydaje się niemożliwy, jakby były osłonięte mgłą  niepewności i strachu. To przestrzenie, które sami w sobie zamykamy – z obawy, że jeśli się do nich  zbliżymy, zobaczymy rzeczy, na które nie jesteśmy gotowi. Miejsca, w których mieszka nasza  autentyczność, ale także nasze najgłębsze lęki. Stopniowo jednak, wraz z rozwojem drogi i mocą, która  nas spotyka, granica między tym, co wydaje się nieosiągalne, a możliwościami staje się co raz mniej wyraźna, aż w końcu po prostu zanika. Wtedy widzisz już całość. Jak ja, w ten cudowny dzień, z  wysokości 2656m. n.p.m.  Przebyta droga i wydanie tej książeczki nauczyły mnie, że najważniejsze granice to te, które sami sobie  wytyczamy. One są najtrudniejsze do przekroczenia, bo wymagają w pierwszej kolejności  świadomości, później odwagi, wiary we własne moce, a w końcu konfrontacji tego wszystkiego z  rzeczywistością.  Opowieść, którą oddaję Wam w formie tej książeczki, to nie tylko krótkie baśniowe historyjki, ale  także symbol odwagi i wiary, która narodziła się z niejednej wewnętrznej podróży. Odwagi, by  przestać wierzyć w narzucone przez nas samych ograniczenia i wyruszyć w drogę ku własnym  marzeniom, niezależnie od przeszkód, które mogą się pojawić.   Każde miejsce jest możliwe do osiągnięcia, a każde słowo warte zapisania, jeśli niesie ze sobą

Granice widoku(ufff).  Dowiedz się więcej »

Bajkowe (i nie tylko) inspiracje, czyli moja pierwsza opowieść i podróż do Kanady

Bajkowe (i nie tylko) inspiracje, czyli moja pierwsza opowieść i podróż do Kanady 2024-10-26 Fragment mojej pierwszej bajki, którą napisałam: O STONODZE: „Mrówka Bardo długo przygotowywała się do tej podróży. Do fioletowego plecaka spakowała śpiwór, namiot, odpowiedni zapas jedzenia i picia, najpotrzebniejsze ubrania oraz koło ratunkowe – bowiem przeprawy przez wodę obawiała się najbardziej. Wyszła jak zawsze o świcie, gdy pierwsze promienie słońca wzeszły nad horyzontem.   To mój czas – powiedziała i postawiła pierwszy krok w stronę nieznanego.” Wyobrażenia Kanady jakie snułam w głowie, odkąd dostałam na maila potwierdzenie numerów eTA (Elektroniczna Autoryzacja Podróży) to głównie: nieokiełznane wody, gęste lasy, niedźwiedzie, zieloność i ludzie, którzy żyją w zgodzie z naturą. Dziś już wiem, że w wielkim stopniu ograniczyłam swoje myślenie. Kanada to także: ogromna przestrzeń, klonowy liść, lodowce, skaliste góry, jeziora, hokej, zorza polarna, kamienie naturalne, multikulturalizm i jeszcze trochę więcej… Pewnie właśnie dlatego tak bardzo kocham podróże, bo pokazują głowie perspektywę świata otwartego na więcej niż to, czego nauczyła się z książek, czy wywnioskowała z obrazów najlepszych filmów. Rzeczywistość staje się tak fascynująca, obfita w zmysłowe doświadczenia i żywe emocje, że żadne słowo ani żaden obraz nie jest w stanie oddać w pełni tego, czego właśnie doświadczasz.  „Pierwsze rzeczy zdarzają się tylko raz. Zapamiętaj czuciem każdy krok swej wyprawy – podpowiadał wewnętrzny dialog. Żadna inna podróż nie będzie tak transformująca jak ta, bo po raz pierwszy znajdziesz się w tak „odległym” (od siebie) miejscu”. I rzeczywiście, po rozłożeniu fotela, nałożeniu słuchawek i przykryciu się kołdrą w samolocie, zaczęło się dziać inaczej, niż dotąd. A za innym doświadczaniem poszło inne uczucie. Moje wcześniejsze „ja” zaczynało powoli zanikać. Zupełnie tak, jakby te chmury zza okna samolotu zabierały dawną wersję mnie ze sobą. „no bajka! (tak mówił mój dziadek) …co tu się właściwie zadziewa?”. Emocje krążyły po ciele jak kanadyjskie orły nad lasami w poszukiwaniu swego kęsa na obiad (to porównanie odkryję dopiero przy ognisku w lesie nieopodal Wabinosh Lake) i tylko obecność przemiłych stewardess na pokładzie zdawała się powstrzymywać mnie przed głośnym, radosnym krzykiem „Unbelievable”. Od kiedy pamiętam dużo jest we mnie lęku i strachu wobec wody, dlatego zupełnie nieprzypadkowo, mrówka Bardo konfrontuje się z tym żywiołem już od pierwszych chwil- słów, które wypowiada w bajce. Moment bliskiego spotkania z wodą zaczyna się zatem już od początku podróży. Pierwszy przystanek to Niagara –  wodospad (w rzeczywistości trzy sąsiednie wodospady: Horseshoe (Podkowa), American Falls i Bridal Veil Falls) na rzece Niagara, na granicy Kanady i USA. Oglądać z bliska moc tego żywiołu to jak stanąć twarzą w twarz ze sobą, kiedy jesteś pełna/y gniewu. Surowa siła natury hipnotyzując swoim hukiem i potęgą, jednocześnie budzi podziw, zaskoczenie i respekt – wobec tego, kim jesteśmy. W tym przypadku tego, jak maleńcy jesteśmy wobec tak monumentalnej energii. Wiem, że dla kogoś, kto nie doświadczył panicznego lęku wody, to po prostu źródło szczęścia i relaksu, ale dla mnie bliskość z tak wielkim żywiołem, była jak wyzwanie, które należy pokonać, by poczuć prawdziwą wolność i radość bycia właśnie w tym miejscu. I tak też zaczynało się dziać, bo z każdym kolejnym krokiem powoli kruszyły się moje wewnętrzne lody lęku po to, by…. dostać się do tych jeszcze bardziej ukrytych pod grubą warstwą- przekonań. Bo zazwyczaj jest tak, że walka toczy się o więcej niż jedną „rzecz”. Dlatego kiedy pojawiła się kolejna okazja do kruszenia lodów, kiedy nastał świt i „gdy pierwsze promienie słońca wzeszły nad horyzontem” mrówka Bardo poczuła jeszcze większą gotowość, by wypakować swój plecak trudnych doświadczeń i wędrować z lekkością przed siebie. „To mój czas” mówi i wyrusza w stronę nieznanego. Nieznanym okazuje się także Wabinosh Lake, położone niedaleko przed wioską Armstrong, które oddalone jest od zasięgu miasta jakieś 3h, a do którego dostać się można wyłącznie za pomocą drogi… przez wodę (lub wodnym samolocikiem, ale na to nas jeszcze nie stać :D). I to nie jedną wodę, ponieważ najpierw trzeba dotrzeć samochodem przez leśne drogi, by przepakować się na łódkę, popłynąć przez Kopka River, a następnie Wabinosh River. Dopiero wtedy, otoczona wodą wyspa, wita już „spokojnie” tych, którym niestraszne spanie w namiocie w środku kanadyjskich lasów. Na szczęście niedźwiadek pojawił się na naszej drodze wcześniej, co uznałam za nieodzowny znak, że więcej ich nie zobaczymy. To natomiast wcale nie zniechęciło mnie do spania z prawie przytulonym do siebie gazem na misie 😉. Ale zanim to wszystko… trzeba przedostać się przez te leśne drogi i ogromną wodę, a wokół nic i nikogo oprócz towarzysza podróży, który zdany jest na mnie tak bardzo jak ja na niego. Bardo pakuje więc do pożyczonego plecaka najbardziej potrzebne rzeczy, w pierwszej kolejności – grubą kamizelkę ratunkową oraz spełniające tą samą funkcję, koło.  Leśne drogi zdają się nie kończyć w przeciwieństwie do zaczynającego się, co raz większego błota, w którym po kilkunastu minutach, grzęźnie nasz samochód. Wyposażony we wszystkie możliwe sprzęty, napęd na 4 koła, funkcję off road itp., utknął w samym środku lasu „in the middle of nowhere”, w miejscu komarowego skupiska z dwójką pasażerów zmierzających na bezludną wyspę, mających dość dobre telefony, ale bez zasięgu (zasięg kończy się jak tylko wyjedziesz zza miasta). Pasażerów, kierujących się w stronę wyspy, na którą mają dotrzeć drogą wodną wzbudzającą niewytłumaczalny lęk, który można pokonać tylko poprzez stopniowe oswajanie i wchodzenie w emocję odwagi, która jest od zarania dziejów w każdym z nas – do odkrycia. Potrzebowałabym kolejnych długich akapitów, by opowiedzieć w jaki sposób udało się nam wydostać z tej „przypadkowej” sytuacji. Decyduję się nazwać to magią, bo jak dla mnie, ona właśnie wtedy się zadziała…, ale o tym, innym razem 😉. Tak więc… … gdy stanęłam na brzegu pierwszej rzeki, patrzyłam na nią z podziwem powodującym na ciele gęsią skórkę i zimno. Zdawałam sobie sprawę, że przekroczenie tej bariery – zarówno fizycznej, jak i mentalnej – będzie momentem przełomowym. Poprzedzone kilkukrotnym wycofywaniem się, trudnością powrotu i zawracaniem, wzięłam niezliczoną ilość głębokich oddechów, zamknęłam oczy i „tak, tak, płynę! krzyknęła z radością mrówka, rozpościerając szeroko ramiona” (aż tak odważna nie byłam; większą część przeprawy siedziałam skulona jak kot przy piecu). Od czasu do czasu, pozwalałam oczom patrzeć, by pamiętać, że „po drugiej stronie strachu,

Bajkowe (i nie tylko) inspiracje, czyli moja pierwsza opowieść i podróż do Kanady Dowiedz się więcej »

Symbole jako klucz do głębszego zrozumienia opowieści (i nie tylko).

Symbole jako klucz do głębszego zrozumienia opowieści (i nie tylko). Wszystko ma znaczenie, kolory też. Nie tylko w marketingu, ale także w moich bajkach, bo podobnie jak w niektórych reklamach, używam tu symboli, które pełnią w nich ważną rolę – pomagają w przekazywaniu ukrytych treści, wzmacniają przekaz fabuły, a także odzwierciedlają uniwersalne prawdy, które dotyczą zarówno dorosłych, jak i dzieci. Ilość liter w niektórych nazwach także nie pozostaje bez znaczenia. Zwróciliście uwagę, że Bella, Belgu, Betsy i Bardo to nazwy 5-o literowe, wszystkie zaczynające się na literę B? 😉 Jeśli chodzi o kolor czerwieni w kontekście ogólnym to jest „to barwa, która kojarzy się z pasją i podekscytowaniem, a także ciepłem i adrenaliną. Czerwień przyciąga wzrok, wzbudza zainteresowanie i pobudza do działania. (…) Czerwone kolory są często stosowane w akcjach promocyjnych. Z czerwieni korzystają firmy motoryzacyjne, restauracje, producenci gier oraz artykułów spożywczych. Wiele firm produkujących ekskluzywne słodycze wykorzystuje czerwone kolory na swoich opakowaniach, dobrym przykładem jest na przykład (…) Lindt (…), Inka, czy Saunders Chocholates.” Z czerwieni korzysta m.in. portal społecznościowy You Tube. (https://www.lumex.pl/blog/116-kolory-w-marketingu-jakich-uzywac-psychologia-kolorow.html).  Czerwony kolor, szczególnie w baśniach i opowieściach, to także ruch, bunt, zbliżające się niebezpieczeństwo, czy silne emocje. I tak na przykład czerwony bucik w bajce o Kaloszkach posłużył mi do wyrażenia emocji głównej postaci, by zasugerować dynamikę i żywotność. Reprezentuje tu postać, która doświadcza intensywnych emocji, przechodzi przez ważne zmiany jakimi jest przejście bohaterki z dzieciństwa w nastoletniość. Ostrzega ją przed zagrożeniem zguby (dlatego właśnie zgubiła bucika w przenośni), o którym jeszcze nie zdaje sobie sprawy. Jak u Czerwonego Kapturka – pelerynka, która w tym przypadku, była symbolem ostrzegawczym dla dziewczynki, przed wilkiem. Czerwony kolor w mojej bajce oznacza także niewyrażony, wewnętrzny bunt i chęć wyzwolenia od tego, co jest. Dlatego też bajkę zamykam rozmyślaniem głównej bohaterki co do tego, że „kiedyś, na pewno, gdzieś tam… się znajdzie”. Ona sama, w sobie i w świecie. Czerwień jest odważnym kolorem, który nie pozostawia nikogo obojętnym – przyciąga uwagę i nieco prowokuje – główna bohaterka nie chce zostać w poszukiwaniach – sama. Angażuje więc do tego Leo, Lunę, Betsy i Belgu.  A dlaczego właściwie bucik (kaloszek)? Czy ma coś wspólnego z Kopciuszkowym pantofelkiem? Może to nie pantofelek, ale but posłużył mi – tak jak w jednej z najbardziej rozpoznawanych na świecie bajek pt. „Kopciuszek” jako symbol szczęścia, które jest kruche i trudne do zdobycia, ale możliwe. Bardo, dopiero po czasie doświadczy go w wydaniu, o którym nawet nie pomyślała. Ale o tym napiszę pewnie w kolejnych artykułach. Poza tym w moich opowieściach pojawia się nieprzypadkowo:  fioletowy plecak, z którym Bardo wyrusza w swoją najbardziej transformującą podróż życia 16 pagórków, które przemierza bohaterka 🡪 6+1=7 Bella i Betsy grają w KAMIENIE Kot Belgu zabiera 7 puszeczek, zostawiając mrówce 1 Główna bohaterka, która pojawia się w każdej z opowieści jest MRÓWKĄ … i tak dalej i tak dalej.  Dla dziecka wszystko to tworzy po prostu bajkową opowieść, która porusza wyobraźnię i pomaga im w zrozumieniu świata. Widzi proste historie np. o byciu odważnym, podczas gdy dorosły może dostrzec w niej ukryte przesłanie moralne lub filozoficzne. Szczególnie, że jako wzmocnienie, pojawiają się w tych bajkach także sformułowania i pytania, które mogą naprowadzić na ciekawe ścieżki myślowe i dzieci i nas. Wszystko to połączone nicią doświadczeń, przeżyć i wyobrażeń bohaterki, która intensywnie eksploruje świat. Symbole w moich i innych bajkach pełnią zatem wiele ważnych funkcji: Pomagają w nauce i przekazywaniu wartości. Bajki stają się wieloaspektowe, a ich przesłanie łatwiej zapada w pamięć.  Tworzą uniwersalność: są zrozumiałe dla szerokiego kręgu odbiorców. Wspólny język symboli sprawia, że bajki są przystępne i mogą być przekazywane z pokolenia na pokolenie, zachowując swoje znaczenie. Budują głębię opowieści, a poprzez wszechstronność przekazu, pozwalają na różne ich interpretacje.  Bajki od zawsze były nieodłącznym elementem ludzkiej kultury, przekazującym ważne prawdy moralne, społeczne i emocjonalne. Mimo, że na pierwszy rzut oka mogą się wydawać prostymi opowieściami dla dzieci, w rzeczywistości są pełne głębszych znaczeń, które mogą być wyrażane m.in. poprzez symbole. To te z elementów, które wykraczają poza swoje dosłowne znaczenie i przekazują głębszą treść. Mogą to być przedmioty, postacie, kolory, liczby, motywy czy atrybuty, które mają drugie, bardziej ukryte znaczenie.  W kontekście bajek symbole służą do wzmacniania morału historii, dodają jej warstw interpretacyjnych oraz budują uniwersalne przesłanie, które może być zrozumiane niezależnie od wieku czy kultury odbiorcy. Zrozumienie tych symboli pozwala na lepsze docenienie bajek i ich przesłania, które, mimo upływu wieków, pozostają aktualne i inspirujące dla kolejnych pokoleń. To co, wiecie już, dlaczego bohaterowie, których wymieniłam na początku tego artykułu mają 5- o literowe imiona? I dlaczego wszystkie zaczynają się na literę B? Zachęcam do logiczno-magicznej zabawy w odkrywanie znaczeń treści w opowieściach 9time!  

Symbole jako klucz do głębszego zrozumienia opowieści (i nie tylko). Dowiedz się więcej »

Nie tylko szkolne opały

Nie tylko szkolne opały Po 2 miesiącach wakacji nareszcie możemy wrócić do normalnego trybu pracy. To znaczy  możemy, ale nie 1-ego dnia, bo w końcu rozpoczęcie roku szkolnego, więc 2h i do domu. Właściwie to  też nie 3-go, 4-go, 5-go dnia, bo upały, więc trzeba poczekać aż tak zwane gorąco zelżeje.   Z danych meteorologicznych wynika, że średnie temperatury w Polsce w ciągu ostatnich 15 lat  wzrosły o około 1,2°C. (Według Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej to średni wzrost temperatury w Polsce na przestrzeni lat 2006-2021). Faktycznie, 30 °C, a 31,2 °C to już na tyle duża  różnica, by „dać dzieciom żyć”.   „Pani to by się chciała tylko pastwić nad dziećmi, dajmy im żyć” – usłyszałam na zebraniu  klasowym, kiedy ponownie chciałam podnieść temat skracania lekcji, które w większości publicznych  szkół uznaje się za idealną metodę reakcji na wzrost ciepła o 1,2°C. Ponownie, bo wystosowany  uprzednio list do dyrektorki pozostał bez odzewu.:  „Piszę do Pani w związku z decyzją o skróceniu zajęć lekcyjnych ze względu na wysokie temperatury,  które, jak rozumiem, w ostatnich dniach wynosiły około 30 stopni. Chciałabym wyrazić moje  niezadowolenie w związku z tą sytuacją, mając na uwadze, że nasze dzieci już wcześniej doświadczały  skracania zajęć, czy przerw w edukacji z powodu próbnych i docelowych egzaminów 8 klas, wolnych  dni od zajęć, które może przyznać szkoła, a które przypadają na dany rok, przerw związanych z dniami  okołoświątecznymi, długiego czasu nauki zdalnej w trakcie pandemii (gdzie jakość nauki ewidentnie  odbiła się na uczniach), uwzględniając przede wszystkim dopiero co zakończony okres 2 mies. wakacji.  Chciałbym zwrócić uwagę, że dzieci, wracając do domu po skróconych lekcjach, często trafiają do  mieszkań, które nie mają dostępu do klimatyzacji czy wentylacji, podobnie jak nie wszystkie mają  możliwość schować się w zacienionym miejscu w przydomowym ogrodzie czy tp. W rzeczywistości  szkoła zapewnia wystarczająco dobre warunki do nauki ze względu na przestrzeń, którą obejmuje.  (…). W związku z tym trudno mi zrozumieć, dlaczego dzieci mają być zwalniane z zajęć edukacyjnych,  które przecież są dla nich niezwykle ważne szczególnie po tak długim czasie wakacyjnego odpoczynku  czy pseudoedukacji, jakim była nauka zdalna.” (…)  Oczywiście dla młodszych uczniów była możliwa opieka świetlicowa: kotłowanie większej ilości dzieci  w jednym miejscu nie budzi jednak zastanowienia. Nie wspomniałam też o tym, że te same dzieci  raptem tydzień wcześniej przebywały w tych samych zatrważających upałach na koloniach,  półkoloniach, u dziadków, czy na swoich podwórkach albo w mieszkaniach po56 m². I te same dzieci,  czekają/ły na dworze, by niektórzy rodzice mogli skończyć pracę zdalną w domu, bo nie każdemu  dane jest posiadanie osobnych pokoi do spania, jedzenia, nauki, biura itp. Poza tym, po pandemii  przyzwyczailiśmy się już, że ekonomiczniej jest zostawić pracownika w domu (także tego bez klimy); a  w jakich warunkach on tam pracuje, to już jego sprawa…  Nie wspominałam już np. o tym, że mój syn zaczynał naukę od strajku nauczycieli, by zaraz później  wylądować na zdalnych. Pewnie, to już inny powód pójścia do domu (albo z mamą do pracy). W  każdym razie lekcji nie było.  „No cóż, nasza szkoła nie była pierwsza, większość szkół tak zrobiła” – usłyszałam na  wywiadówce. To prawda, pomyślałam, ale czy ten argument powoduje, że mamy podążać za tłumem nie zastanawiając się nad skutkami takich argumentów i przestać szukać alternatyw? Jak to jest, że w  prywatnych szkołach pieniądze wpływają na inne myślenie i mogą na przykład sprawić, żeby taki  dyrektor wpadł na pomysł zabrania dzieci przez nauczyciela na dwór, na plac zabaw, do herbaciarni do  lasu czy tp.? W tych szkołach jakoś w ogóle mają inne pomysły… A apropo pomysłów: podobają mi się takie, które uwzględniają planowanie, więc ucieszyłam się dostając na 1-ej wywiadówce rozpiskę tego, co będzie się działo w nadchodzącym roku szkolnym. To,  co wzbudziło jednak moje wątpliwości to fakt… kolejnych dni wolnych. Oprócz 2 miesięcy wakacji, 2 tygodni ferii, skracania z powodu upałów, zastępstw itp. dostajemy w gratisie 15 kolejnych dni… Nie  wiem tylko co na to szef, bo jeśli coś by się zdarzyło w czasie, w którym zostawię dziecko bez opieki, to  wiadomo – policja i te sprawy. No ale urlop przeznaczony na wolne dni od szkoły, nie służy przecież  rodzicom po to, żeby się „wakacjować”. Komu i czemu służy? Nie jestem pewna. Tak czy inaczej, 3  miesiący off’a i tak nie dostanę…  W obliczu takich opałów, zastanawia mnie jak radzą sobie samodzielnie wychowujący  rodzice?… Czy żałują już podjęcia ważnych życiowych decyzji w obliczu takiej logistycznej gimnastyki?  A co do gimnastyki… w 2tygodniu września odwołano nam WF (nieobecność Pana z WF, który ma  także inne ważne zadania, brak sali, remonty itp.) W tym roku -pierwszy raz, choć z przypadającego na  rok szkolny w grafiku zajęć WF w ilości 4h/tydz. w tamtym roku, mniej więcej połowa nie została  zrealizowana. Ok, no dobrze, ale teraz to już nowy rok szkolny, może będzie inaczej. Co tam taki WF,  przecież otyłość wśród dzieci i młodzieży to wszystko przez te mcdonalds’y. Nieważne. Większość się  pewnie ucieszy, bo odwołane lekcje, to kolejny powód do tego, by można wrócić wcześniej do domu.  A w domu może tak przed ekran, bo na zewnątrz na zmianę upały i deszcze, a rodzic przecież na  zdalnej…  Może jest też trochę tak, że rozpieszczeni klimatyzacjami, wentylacjami, a u tych, co im „się  poszczęściło” – zacienionym zaciszem ogrodowym, czekamy aż przyjdzie w końcu coś lub ktoś, kto uratuje nas z tego opału, uppsss, upału; przyjdzie i pomoże w rozwiązaniu słonecznego problemu.  Może się okazać, że tym wybawcom będzie po prostu jakaś rada czy obrada uczonych, czy jeszcze  inny, ładnie nazwany twór składający się z ludzi, którzy orzekną, że nauczanie w 30 °C jest  niehumanitarne, więc czas wracać do domu.  Prawie jak ze zmianą wskaźnika cholesterolu: dziś nie powinien przekraczać 200 mg/dl. Według  zdrowe-zmiany.pl „w latach 70. większość klinicznych formularzy laboratoryjnych tamtych czasów  używała punktu odcięcia 300 mg/dl, aby oznaczyć nieprawidłowość. Poniżej tego poziomu rzadko  zwracano uwagę na cholesterol”, czy cukru: „na czczo jego poziom powinien wynosić od 70 do 99  mg/dL” (apteka-olmed.pl), „choć jeszcze kilka lat temu za prawidłowe wyniki uważano stężenie na  czczo na poziomie 125 mg/dl. Granicę tę obniżono jednak do 99 mg/dl, ponieważ

Nie tylko szkolne opały Dowiedz się więcej »