Ufff, I did it! – brzmiał głos w mojej głowie zaraz po tym jak wspięłam się na Gjeravicę. I od razu ten zapierający dech w piersiach: widok – styk nieba i ziemi, czyli tu, gdzie wszystko wydaje się możliwe. Trzeba „tylko” wierzyć w te możliwości, a podczas wędrówki czasami zrobić przerwę: bo to, że podczas wspinaczki – tej górskiej i tej życiowej – przyjdzie moment, kiedy zabraknie sił, jest nieuniknione, szczególnie, jeśli dotychczas wspinałeś/aś się niżej. Poddanie się też jest odwagą, ale jeśli masz przed sobą takie widoki, to jakaś moc i tak popcha Cię do przodu. Moc albo ktoś, kto ma jej więcej niż Ty i potrafi dmuchać w skrzydła (dziękuję Grześku!).
Wędrówka
Gjeravica jest miejscem wyjątkowym nie tylko z powodu swojej wysokości, ale i umiejscowienia: leży w paśmie Gór Przeklętych na granicy trzech państw – Czarnogóry, Kosowa i Albanii. Taka kompilacja sprawia, że od razu ukazuje mi się przed oczami wykreowany przez wyobraźnię obraz przenikania się
światów i kultur jawiący się jako żywy gobelin historii splatających różnorodne tradycje, języki i opowieści. Również te o naturalnych podziałach wytyczonych przez czas, historię i geografię. Obraz jedności w różnorodności.
Sam szlak na szczyt jest zróżnicowany: raz prowadzi szeroką doliną, innym razem przez strome skały, zmuszając do wysiłku zarówno ciało, jak i umysł. Jak w pisaniu książeczki – angażujesz wszystkie swoje części duchowe, mentalne i fizyczne. Pojawiające się podczas pisania wątpliwości i problemy nie do rozwiązania skłaniają do patrzenia na granice z różnych perspektyw, by realnie przejść przez to co się da i co musi zostać „nieidealne”. Bo nie wszystko uda się dokładnie tak, jak zakładamy. Jak z górską ścieżką – nie tylko jedna z nich prowadzi na szczyt, a na niektórych można się potknąć czy zranić nogę o kamień. Ale to właśnie te zakręty, kamienie i mentalne przeszkody sprawiają, że droga nabiera prawdziwego znaczenia. Zauważysz to nie tylko w odbiciu przepięknego, przejrzystego stawu, który miniesz po drodze (Deravica Lake), ale także w rezultatach swojej własnej pracy.
To jak przypomnienie, że nasze cele i marzenia nie zawsze osiągamy w linii prostej: czasem musimy zboczyć, zatrzymać się, by złapać oddech lub znaleźć nową ścieżkę, której wcześniej nie braliśmy pod uwagę. Każdy krok, nawet ten niepewny, prowadzi nas jednak coraz bliżej. A nieprzewidywalność i włożony wysiłek przynoszą prawdziwą satysfakcję, budując naszą wytrzymałość i wiarę w to, że jesteśmy w stanie pokonać kolejne granice –te na górskich szlakach i na życiowych ścieżkach.
A na górze: rześkość powietrza w płucach i na wyciągniecie ręki – obrazy górskich granic – tych geograficznych, które oddzielają Kosovo, Czarnogórę i Albanię i tych, które oddzielały mnie od tego, co wydawało się niemożliwe, by zrobić to, czego chciałam. Bo to granice wyznaczają, jak daleko jesteśmy gotowi sięgnąć po marzenia.
Przekraczanie (nie)możliwości.
Wydanie tej książeczki było dla mnie, paradoksalnie, równie trudnym wyzwaniem, co zdobycie Gjeravicy. Głownie przez strach myślenia. Co do książeczki – czy się uda, a co do Kosova: strachu związanego z historią kraju, innością miejsca w porównaniu do tych „bardziej” europejskich oraz wysokością samej góry, bo dotychczas na tak wysoką (dla mnie), nie miałam okazji się wspinać.
Historia Kosowa budziła w mojej głowie mieszankę pytań, emocji i refleksji. To taka opowieść pełna napięć i trudnych decyzji czy doświadczeń, które wciąż wpływają na życie codzienne i tożsamość ludzi zamieszkujących ten region. Patrząc z góry na granicę trzech państw, poczułam, że historia tego miejsca wpływa jeszcze mocniej na jego teraźniejszość. Wnioskuję to także z rozmów z mieszkańcami Kosova. Granice nie są tylko liniami na mapie – to podziały, które przez dekady dzieliły ludzi, formowały ich przekonania i kształtowały narodowe tożsamości. I jak do wszystkiego – trzeba także czasu, by narodziło się nowe (myślenie).
Dla Kosowa walka o niezależność to więcej niż polityczna deklaracja – to dążenie do samookreślenia się i godności, a historyczne korzenie to nie tylko zapis przeszłych wydarzeń, ale przede wszystkim głęboko zakorzenione historie ludzi, którzy przez pokolenia mieszkali i tworzyli kulturę tego miejsca. I nadal tworzą, tylko po nowemu…
Te historie kształtują ich własną przyszłość, ale przypominają także nam wszystkim o tym, jak mocno kształtowanie naszych myślowych historii, wyobrażeń, wpływa na to, co tu i teraz, na to jak będzie i na samodzielny wybór własnej drogi.
(Powyżej mam bardziej mam na myśli napięcia pomiędzy Serbami i Albańczykami zamieszkującymi Kosowo, które zaczęły się jakiś czas temu, ale nie chcę tu pisać o historii tych konfliktów).
Patrząc na rozciągające się kraje, dostrzegłam też, jak bardzo złudne są niektóre podziały. Nie tylko te w głowie. Na szczycie przecież wyraźnie da się odczuć jedność przestrzeni i zrozumienie, że czasami to, co na mapie (myśli) jest granicą, w rzeczywistości stanowi jedynie kolejny etap podróży. Podobnie jak z twórczością – to nie cele ograniczają nas, ale nasza wiara (lub jej brak) w siebie.
Cała ta podróż to także zagłębianie się do swojego wnętrza, walka z własnymi lękami, z przekonaniem, że istnieją takie miejsca, do których dostęp wydaje się niemożliwy, jakby były osłonięte mgłą niepewności i strachu. To przestrzenie, które sami w sobie zamykamy – z obawy, że jeśli się do nich zbliżymy, zobaczymy rzeczy, na które nie jesteśmy gotowi. Miejsca, w których mieszka nasza autentyczność, ale także nasze najgłębsze lęki. Stopniowo jednak, wraz z rozwojem drogi i mocą, która nas spotyka, granica między tym, co wydaje się nieosiągalne, a możliwościami staje się co raz mniej
wyraźna, aż w końcu po prostu zanika. Wtedy widzisz już całość. Jak ja, w ten cudowny dzień, z wysokości 2656m. n.p.m.
Przebyta droga i wydanie tej książeczki nauczyły mnie, że najważniejsze granice to te, które sami sobie wytyczamy. One są najtrudniejsze do przekroczenia, bo wymagają w pierwszej kolejności świadomości, później odwagi, wiary we własne moce, a w końcu konfrontacji tego wszystkiego z rzeczywistością.
Opowieść, którą oddaję Wam w formie tej książeczki, to nie tylko krótkie baśniowe historyjki, ale także symbol odwagi i wiary, która narodziła się z niejednej wewnętrznej podróży. Odwagi, by przestać wierzyć w narzucone przez nas samych ograniczenia i wyruszyć w drogę ku własnym marzeniom, niezależnie od przeszkód, które mogą się pojawić.
Każde miejsce jest możliwe do osiągnięcia, a każde słowo warte zapisania, jeśli niesie ze sobą to, co prawdziwe i dobre.
Uff, I did it! Ruszam dalej

