admin-9time

Duszki

Duszki YT: Często boimy się rzeczy, których nie znamy, ale czasami to, co wydaje się straszne, może okazać się przyjazne i niezwykłe. Tak jak duszki, których boją się niektóre dzieci. W bajce okazuje się jednak, że to one boją się najmłodszych, a przede wszystkim ich głośnych śmiechów i krzyków. Poza tym – jak stwierdza Zofia- wyglądają na całkiem miłe i sympatyczne stworzonka, a co najbardziej zaskakujące – znikają, kiedy poczują, że wcale nie są takie straszne lub gdy dowiedzą się, że chcielibyśmy się z nimi zaprzyjaźnić. Bo jak każdy- duszki także- potrzebują przyjaciół. One akurat do tego, by zniknąć. Ciekawa opowiastka zmieniająca perspektywę na straszki niektórych dzieci. Zapraszam do posłuchania! https://9time.pl/wp-content/uploads/2024/10/Duszki-18-09-2024.mp4 ENG:  We often fear things we don’t understand, but sometimes what seems scary can turn out to be friendly and extraordinary. Just like the ghosts that some children are afraid of. However, in this story it turns out that it’s the ghosts who are afraid of the little ones, especially their loud laughter and shouting. Besides — as Zofia points out — they seem quite kind and friendly and most surprisingly, they disappear when they feel they’re not so scary after all or when they realize we’d like to be friends with them. Because like everyone else, even ghosts need friends. They just need friends to disappear. https://9time.pl/wp-content/uploads/2024/10/ghosts.mp4

Duszki Dowiedz się więcej »

Bajkowe (i nie tylko) inspiracje, czyli moja pierwsza opowieść i podróż do Kanady

Bajkowe (i nie tylko) inspiracje, czyli moja pierwsza opowieść i podróż do Kanady 2024-10-26 Fragment mojej pierwszej bajki, którą napisałam: O STONODZE: „Mrówka Bardo długo przygotowywała się do tej podróży. Do fioletowego plecaka spakowała śpiwór, namiot, odpowiedni zapas jedzenia i picia, najpotrzebniejsze ubrania oraz koło ratunkowe – bowiem przeprawy przez wodę obawiała się najbardziej. Wyszła jak zawsze o świcie, gdy pierwsze promienie słońca wzeszły nad horyzontem.   To mój czas – powiedziała i postawiła pierwszy krok w stronę nieznanego.” Wyobrażenia Kanady jakie snułam w głowie, odkąd dostałam na maila potwierdzenie numerów eTA (Elektroniczna Autoryzacja Podróży) to głównie: nieokiełznane wody, gęste lasy, niedźwiedzie, zieloność i ludzie, którzy żyją w zgodzie z naturą. Dziś już wiem, że w wielkim stopniu ograniczyłam swoje myślenie. Kanada to także: ogromna przestrzeń, klonowy liść, lodowce, skaliste góry, jeziora, hokej, zorza polarna, kamienie naturalne, multikulturalizm i jeszcze trochę więcej… Pewnie właśnie dlatego tak bardzo kocham podróże, bo pokazują głowie perspektywę świata otwartego na więcej niż to, czego nauczyła się z książek, czy wywnioskowała z obrazów najlepszych filmów. Rzeczywistość staje się tak fascynująca, obfita w zmysłowe doświadczenia i żywe emocje, że żadne słowo ani żaden obraz nie jest w stanie oddać w pełni tego, czego właśnie doświadczasz.  „Pierwsze rzeczy zdarzają się tylko raz. Zapamiętaj czuciem każdy krok swej wyprawy – podpowiadał wewnętrzny dialog. Żadna inna podróż nie będzie tak transformująca jak ta, bo po raz pierwszy znajdziesz się w tak „odległym” (od siebie) miejscu”. I rzeczywiście, po rozłożeniu fotela, nałożeniu słuchawek i przykryciu się kołdrą w samolocie, zaczęło się dziać inaczej, niż dotąd. A za innym doświadczaniem poszło inne uczucie. Moje wcześniejsze „ja” zaczynało powoli zanikać. Zupełnie tak, jakby te chmury zza okna samolotu zabierały dawną wersję mnie ze sobą. „no bajka! (tak mówił mój dziadek) …co tu się właściwie zadziewa?”. Emocje krążyły po ciele jak kanadyjskie orły nad lasami w poszukiwaniu swego kęsa na obiad (to porównanie odkryję dopiero przy ognisku w lesie nieopodal Wabinosh Lake) i tylko obecność przemiłych stewardess na pokładzie zdawała się powstrzymywać mnie przed głośnym, radosnym krzykiem „Unbelievable”. Od kiedy pamiętam dużo jest we mnie lęku i strachu wobec wody, dlatego zupełnie nieprzypadkowo, mrówka Bardo konfrontuje się z tym żywiołem już od pierwszych chwil- słów, które wypowiada w bajce. Moment bliskiego spotkania z wodą zaczyna się zatem już od początku podróży. Pierwszy przystanek to Niagara –  wodospad (w rzeczywistości trzy sąsiednie wodospady: Horseshoe (Podkowa), American Falls i Bridal Veil Falls) na rzece Niagara, na granicy Kanady i USA. Oglądać z bliska moc tego żywiołu to jak stanąć twarzą w twarz ze sobą, kiedy jesteś pełna/y gniewu. Surowa siła natury hipnotyzując swoim hukiem i potęgą, jednocześnie budzi podziw, zaskoczenie i respekt – wobec tego, kim jesteśmy. W tym przypadku tego, jak maleńcy jesteśmy wobec tak monumentalnej energii. Wiem, że dla kogoś, kto nie doświadczył panicznego lęku wody, to po prostu źródło szczęścia i relaksu, ale dla mnie bliskość z tak wielkim żywiołem, była jak wyzwanie, które należy pokonać, by poczuć prawdziwą wolność i radość bycia właśnie w tym miejscu. I tak też zaczynało się dziać, bo z każdym kolejnym krokiem powoli kruszyły się moje wewnętrzne lody lęku po to, by…. dostać się do tych jeszcze bardziej ukrytych pod grubą warstwą- przekonań. Bo zazwyczaj jest tak, że walka toczy się o więcej niż jedną „rzecz”. Dlatego kiedy pojawiła się kolejna okazja do kruszenia lodów, kiedy nastał świt i „gdy pierwsze promienie słońca wzeszły nad horyzontem” mrówka Bardo poczuła jeszcze większą gotowość, by wypakować swój plecak trudnych doświadczeń i wędrować z lekkością przed siebie. „To mój czas” mówi i wyrusza w stronę nieznanego. Nieznanym okazuje się także Wabinosh Lake, położone niedaleko przed wioską Armstrong, które oddalone jest od zasięgu miasta jakieś 3h, a do którego dostać się można wyłącznie za pomocą drogi… przez wodę (lub wodnym samolocikiem, ale na to nas jeszcze nie stać :D). I to nie jedną wodę, ponieważ najpierw trzeba dotrzeć samochodem przez leśne drogi, by przepakować się na łódkę, popłynąć przez Kopka River, a następnie Wabinosh River. Dopiero wtedy, otoczona wodą wyspa, wita już „spokojnie” tych, którym niestraszne spanie w namiocie w środku kanadyjskich lasów. Na szczęście niedźwiadek pojawił się na naszej drodze wcześniej, co uznałam za nieodzowny znak, że więcej ich nie zobaczymy. To natomiast wcale nie zniechęciło mnie do spania z prawie przytulonym do siebie gazem na misie 😉. Ale zanim to wszystko… trzeba przedostać się przez te leśne drogi i ogromną wodę, a wokół nic i nikogo oprócz towarzysza podróży, który zdany jest na mnie tak bardzo jak ja na niego. Bardo pakuje więc do pożyczonego plecaka najbardziej potrzebne rzeczy, w pierwszej kolejności – grubą kamizelkę ratunkową oraz spełniające tą samą funkcję, koło.  Leśne drogi zdają się nie kończyć w przeciwieństwie do zaczynającego się, co raz większego błota, w którym po kilkunastu minutach, grzęźnie nasz samochód. Wyposażony we wszystkie możliwe sprzęty, napęd na 4 koła, funkcję off road itp., utknął w samym środku lasu „in the middle of nowhere”, w miejscu komarowego skupiska z dwójką pasażerów zmierzających na bezludną wyspę, mających dość dobre telefony, ale bez zasięgu (zasięg kończy się jak tylko wyjedziesz zza miasta). Pasażerów, kierujących się w stronę wyspy, na którą mają dotrzeć drogą wodną wzbudzającą niewytłumaczalny lęk, który można pokonać tylko poprzez stopniowe oswajanie i wchodzenie w emocję odwagi, która jest od zarania dziejów w każdym z nas – do odkrycia. Potrzebowałabym kolejnych długich akapitów, by opowiedzieć w jaki sposób udało się nam wydostać z tej „przypadkowej” sytuacji. Decyduję się nazwać to magią, bo jak dla mnie, ona właśnie wtedy się zadziała…, ale o tym, innym razem 😉. Tak więc… … gdy stanęłam na brzegu pierwszej rzeki, patrzyłam na nią z podziwem powodującym na ciele gęsią skórkę i zimno. Zdawałam sobie sprawę, że przekroczenie tej bariery – zarówno fizycznej, jak i mentalnej – będzie momentem przełomowym. Poprzedzone kilkukrotnym wycofywaniem się, trudnością powrotu i zawracaniem, wzięłam niezliczoną ilość głębokich oddechów, zamknęłam oczy i „tak, tak, płynę! krzyknęła z radością mrówka, rozpościerając szeroko ramiona” (aż tak odważna nie byłam; większą część przeprawy siedziałam skulona jak kot przy piecu). Od czasu do czasu, pozwalałam oczom patrzeć, by pamiętać, że „po drugiej stronie strachu,

Bajkowe (i nie tylko) inspiracje, czyli moja pierwsza opowieść i podróż do Kanady Dowiedz się więcej »

Symbole jako klucz do głębszego zrozumienia opowieści (i nie tylko).

Symbole jako klucz do głębszego zrozumienia opowieści (i nie tylko). Wszystko ma znaczenie, kolory też. Nie tylko w marketingu, ale także w moich bajkach, bo podobnie jak w niektórych reklamach, używam tu symboli, które pełnią w nich ważną rolę – pomagają w przekazywaniu ukrytych treści, wzmacniają przekaz fabuły, a także odzwierciedlają uniwersalne prawdy, które dotyczą zarówno dorosłych, jak i dzieci. Ilość liter w niektórych nazwach także nie pozostaje bez znaczenia. Zwróciliście uwagę, że Bella, Belgu, Betsy i Bardo to nazwy 5-o literowe, wszystkie zaczynające się na literę B? 😉 Jeśli chodzi o kolor czerwieni w kontekście ogólnym to jest „to barwa, która kojarzy się z pasją i podekscytowaniem, a także ciepłem i adrenaliną. Czerwień przyciąga wzrok, wzbudza zainteresowanie i pobudza do działania. (…) Czerwone kolory są często stosowane w akcjach promocyjnych. Z czerwieni korzystają firmy motoryzacyjne, restauracje, producenci gier oraz artykułów spożywczych. Wiele firm produkujących ekskluzywne słodycze wykorzystuje czerwone kolory na swoich opakowaniach, dobrym przykładem jest na przykład (…) Lindt (…), Inka, czy Saunders Chocholates.” Z czerwieni korzysta m.in. portal społecznościowy You Tube. (https://www.lumex.pl/blog/116-kolory-w-marketingu-jakich-uzywac-psychologia-kolorow.html).  Czerwony kolor, szczególnie w baśniach i opowieściach, to także ruch, bunt, zbliżające się niebezpieczeństwo, czy silne emocje. I tak na przykład czerwony bucik w bajce o Kaloszkach posłużył mi do wyrażenia emocji głównej postaci, by zasugerować dynamikę i żywotność. Reprezentuje tu postać, która doświadcza intensywnych emocji, przechodzi przez ważne zmiany jakimi jest przejście bohaterki z dzieciństwa w nastoletniość. Ostrzega ją przed zagrożeniem zguby (dlatego właśnie zgubiła bucika w przenośni), o którym jeszcze nie zdaje sobie sprawy. Jak u Czerwonego Kapturka – pelerynka, która w tym przypadku, była symbolem ostrzegawczym dla dziewczynki, przed wilkiem. Czerwony kolor w mojej bajce oznacza także niewyrażony, wewnętrzny bunt i chęć wyzwolenia od tego, co jest. Dlatego też bajkę zamykam rozmyślaniem głównej bohaterki co do tego, że „kiedyś, na pewno, gdzieś tam… się znajdzie”. Ona sama, w sobie i w świecie. Czerwień jest odważnym kolorem, który nie pozostawia nikogo obojętnym – przyciąga uwagę i nieco prowokuje – główna bohaterka nie chce zostać w poszukiwaniach – sama. Angażuje więc do tego Leo, Lunę, Betsy i Belgu.  A dlaczego właściwie bucik (kaloszek)? Czy ma coś wspólnego z Kopciuszkowym pantofelkiem? Może to nie pantofelek, ale but posłużył mi – tak jak w jednej z najbardziej rozpoznawanych na świecie bajek pt. „Kopciuszek” jako symbol szczęścia, które jest kruche i trudne do zdobycia, ale możliwe. Bardo, dopiero po czasie doświadczy go w wydaniu, o którym nawet nie pomyślała. Ale o tym napiszę pewnie w kolejnych artykułach. Poza tym w moich opowieściach pojawia się nieprzypadkowo:  fioletowy plecak, z którym Bardo wyrusza w swoją najbardziej transformującą podróż życia 16 pagórków, które przemierza bohaterka 🡪 6+1=7 Bella i Betsy grają w KAMIENIE Kot Belgu zabiera 7 puszeczek, zostawiając mrówce 1 Główna bohaterka, która pojawia się w każdej z opowieści jest MRÓWKĄ … i tak dalej i tak dalej.  Dla dziecka wszystko to tworzy po prostu bajkową opowieść, która porusza wyobraźnię i pomaga im w zrozumieniu świata. Widzi proste historie np. o byciu odważnym, podczas gdy dorosły może dostrzec w niej ukryte przesłanie moralne lub filozoficzne. Szczególnie, że jako wzmocnienie, pojawiają się w tych bajkach także sformułowania i pytania, które mogą naprowadzić na ciekawe ścieżki myślowe i dzieci i nas. Wszystko to połączone nicią doświadczeń, przeżyć i wyobrażeń bohaterki, która intensywnie eksploruje świat. Symbole w moich i innych bajkach pełnią zatem wiele ważnych funkcji: Pomagają w nauce i przekazywaniu wartości. Bajki stają się wieloaspektowe, a ich przesłanie łatwiej zapada w pamięć.  Tworzą uniwersalność: są zrozumiałe dla szerokiego kręgu odbiorców. Wspólny język symboli sprawia, że bajki są przystępne i mogą być przekazywane z pokolenia na pokolenie, zachowując swoje znaczenie. Budują głębię opowieści, a poprzez wszechstronność przekazu, pozwalają na różne ich interpretacje.  Bajki od zawsze były nieodłącznym elementem ludzkiej kultury, przekazującym ważne prawdy moralne, społeczne i emocjonalne. Mimo, że na pierwszy rzut oka mogą się wydawać prostymi opowieściami dla dzieci, w rzeczywistości są pełne głębszych znaczeń, które mogą być wyrażane m.in. poprzez symbole. To te z elementów, które wykraczają poza swoje dosłowne znaczenie i przekazują głębszą treść. Mogą to być przedmioty, postacie, kolory, liczby, motywy czy atrybuty, które mają drugie, bardziej ukryte znaczenie.  W kontekście bajek symbole służą do wzmacniania morału historii, dodają jej warstw interpretacyjnych oraz budują uniwersalne przesłanie, które może być zrozumiane niezależnie od wieku czy kultury odbiorcy. Zrozumienie tych symboli pozwala na lepsze docenienie bajek i ich przesłania, które, mimo upływu wieków, pozostają aktualne i inspirujące dla kolejnych pokoleń. To co, wiecie już, dlaczego bohaterowie, których wymieniłam na początku tego artykułu mają 5- o literowe imiona? I dlaczego wszystkie zaczynają się na literę B? Zachęcam do logiczno-magicznej zabawy w odkrywanie znaczeń treści w opowieściach 9time!  

Symbole jako klucz do głębszego zrozumienia opowieści (i nie tylko). Dowiedz się więcej »

Nie tylko szkolne opały

Nie tylko szkolne opały Po 2 miesiącach wakacji nareszcie możemy wrócić do normalnego trybu pracy. To znaczy  możemy, ale nie 1-ego dnia, bo w końcu rozpoczęcie roku szkolnego, więc 2h i do domu. Właściwie to  też nie 3-go, 4-go, 5-go dnia, bo upały, więc trzeba poczekać aż tak zwane gorąco zelżeje.   Z danych meteorologicznych wynika, że średnie temperatury w Polsce w ciągu ostatnich 15 lat  wzrosły o około 1,2°C. (Według Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej to średni wzrost temperatury w Polsce na przestrzeni lat 2006-2021). Faktycznie, 30 °C, a 31,2 °C to już na tyle duża  różnica, by „dać dzieciom żyć”.   „Pani to by się chciała tylko pastwić nad dziećmi, dajmy im żyć” – usłyszałam na zebraniu  klasowym, kiedy ponownie chciałam podnieść temat skracania lekcji, które w większości publicznych  szkół uznaje się za idealną metodę reakcji na wzrost ciepła o 1,2°C. Ponownie, bo wystosowany  uprzednio list do dyrektorki pozostał bez odzewu.:  „Piszę do Pani w związku z decyzją o skróceniu zajęć lekcyjnych ze względu na wysokie temperatury,  które, jak rozumiem, w ostatnich dniach wynosiły około 30 stopni. Chciałabym wyrazić moje  niezadowolenie w związku z tą sytuacją, mając na uwadze, że nasze dzieci już wcześniej doświadczały  skracania zajęć, czy przerw w edukacji z powodu próbnych i docelowych egzaminów 8 klas, wolnych  dni od zajęć, które może przyznać szkoła, a które przypadają na dany rok, przerw związanych z dniami  okołoświątecznymi, długiego czasu nauki zdalnej w trakcie pandemii (gdzie jakość nauki ewidentnie  odbiła się na uczniach), uwzględniając przede wszystkim dopiero co zakończony okres 2 mies. wakacji.  Chciałbym zwrócić uwagę, że dzieci, wracając do domu po skróconych lekcjach, często trafiają do  mieszkań, które nie mają dostępu do klimatyzacji czy wentylacji, podobnie jak nie wszystkie mają  możliwość schować się w zacienionym miejscu w przydomowym ogrodzie czy tp. W rzeczywistości  szkoła zapewnia wystarczająco dobre warunki do nauki ze względu na przestrzeń, którą obejmuje.  (…). W związku z tym trudno mi zrozumieć, dlaczego dzieci mają być zwalniane z zajęć edukacyjnych,  które przecież są dla nich niezwykle ważne szczególnie po tak długim czasie wakacyjnego odpoczynku  czy pseudoedukacji, jakim była nauka zdalna.” (…)  Oczywiście dla młodszych uczniów była możliwa opieka świetlicowa: kotłowanie większej ilości dzieci  w jednym miejscu nie budzi jednak zastanowienia. Nie wspomniałam też o tym, że te same dzieci  raptem tydzień wcześniej przebywały w tych samych zatrważających upałach na koloniach,  półkoloniach, u dziadków, czy na swoich podwórkach albo w mieszkaniach po56 m². I te same dzieci,  czekają/ły na dworze, by niektórzy rodzice mogli skończyć pracę zdalną w domu, bo nie każdemu  dane jest posiadanie osobnych pokoi do spania, jedzenia, nauki, biura itp. Poza tym, po pandemii  przyzwyczailiśmy się już, że ekonomiczniej jest zostawić pracownika w domu (także tego bez klimy); a  w jakich warunkach on tam pracuje, to już jego sprawa…  Nie wspominałam już np. o tym, że mój syn zaczynał naukę od strajku nauczycieli, by zaraz później  wylądować na zdalnych. Pewnie, to już inny powód pójścia do domu (albo z mamą do pracy). W  każdym razie lekcji nie było.  „No cóż, nasza szkoła nie była pierwsza, większość szkół tak zrobiła” – usłyszałam na  wywiadówce. To prawda, pomyślałam, ale czy ten argument powoduje, że mamy podążać za tłumem nie zastanawiając się nad skutkami takich argumentów i przestać szukać alternatyw? Jak to jest, że w  prywatnych szkołach pieniądze wpływają na inne myślenie i mogą na przykład sprawić, żeby taki  dyrektor wpadł na pomysł zabrania dzieci przez nauczyciela na dwór, na plac zabaw, do herbaciarni do  lasu czy tp.? W tych szkołach jakoś w ogóle mają inne pomysły… A apropo pomysłów: podobają mi się takie, które uwzględniają planowanie, więc ucieszyłam się dostając na 1-ej wywiadówce rozpiskę tego, co będzie się działo w nadchodzącym roku szkolnym. To,  co wzbudziło jednak moje wątpliwości to fakt… kolejnych dni wolnych. Oprócz 2 miesięcy wakacji, 2 tygodni ferii, skracania z powodu upałów, zastępstw itp. dostajemy w gratisie 15 kolejnych dni… Nie  wiem tylko co na to szef, bo jeśli coś by się zdarzyło w czasie, w którym zostawię dziecko bez opieki, to  wiadomo – policja i te sprawy. No ale urlop przeznaczony na wolne dni od szkoły, nie służy przecież  rodzicom po to, żeby się „wakacjować”. Komu i czemu służy? Nie jestem pewna. Tak czy inaczej, 3  miesiący off’a i tak nie dostanę…  W obliczu takich opałów, zastanawia mnie jak radzą sobie samodzielnie wychowujący  rodzice?… Czy żałują już podjęcia ważnych życiowych decyzji w obliczu takiej logistycznej gimnastyki?  A co do gimnastyki… w 2tygodniu września odwołano nam WF (nieobecność Pana z WF, który ma  także inne ważne zadania, brak sali, remonty itp.) W tym roku -pierwszy raz, choć z przypadającego na  rok szkolny w grafiku zajęć WF w ilości 4h/tydz. w tamtym roku, mniej więcej połowa nie została  zrealizowana. Ok, no dobrze, ale teraz to już nowy rok szkolny, może będzie inaczej. Co tam taki WF,  przecież otyłość wśród dzieci i młodzieży to wszystko przez te mcdonalds’y. Nieważne. Większość się  pewnie ucieszy, bo odwołane lekcje, to kolejny powód do tego, by można wrócić wcześniej do domu.  A w domu może tak przed ekran, bo na zewnątrz na zmianę upały i deszcze, a rodzic przecież na  zdalnej…  Może jest też trochę tak, że rozpieszczeni klimatyzacjami, wentylacjami, a u tych, co im „się  poszczęściło” – zacienionym zaciszem ogrodowym, czekamy aż przyjdzie w końcu coś lub ktoś, kto uratuje nas z tego opału, uppsss, upału; przyjdzie i pomoże w rozwiązaniu słonecznego problemu.  Może się okazać, że tym wybawcom będzie po prostu jakaś rada czy obrada uczonych, czy jeszcze  inny, ładnie nazwany twór składający się z ludzi, którzy orzekną, że nauczanie w 30 °C jest  niehumanitarne, więc czas wracać do domu.  Prawie jak ze zmianą wskaźnika cholesterolu: dziś nie powinien przekraczać 200 mg/dl. Według  zdrowe-zmiany.pl „w latach 70. większość klinicznych formularzy laboratoryjnych tamtych czasów  używała punktu odcięcia 300 mg/dl, aby oznaczyć nieprawidłowość. Poniżej tego poziomu rzadko  zwracano uwagę na cholesterol”, czy cukru: „na czczo jego poziom powinien wynosić od 70 do 99  mg/dL” (apteka-olmed.pl), „choć jeszcze kilka lat temu za prawidłowe wyniki uważano stężenie na  czczo na poziomie 125 mg/dl. Granicę tę obniżono jednak do 99 mg/dl, ponieważ

Nie tylko szkolne opały Dowiedz się więcej »