Oddalanie

Zaczyna się wcześnie. Zaczyna się od przyjścia na świat. Długo wyczekiwany moment – dla rodziców czy dla nowej duszyczki – w każdym razie z założenia pełen radości i zagadkowych przeczuć: czy będzie podobny bardziej do mamy, czy do taty? Najlepiej, gdyby do siebie, ale i to nie do końca może się zdarzyć, bo już na dzień dobry dostajemy tzw. “pakiet powitalny” w postaci szczepionek, które zmieniają nasze ciało na starcie.

Kto czytał o zmianach, jakie uruchamia szczepienie, ten może się domyślać, że podawanie tych dawek w ciągu kilkunastu godzin po narodzinach – jak w przypadku WZW B i gruźlicy – to dość szybkie tempo. Szczególnie, że jeszcze nie zdążyliśmy poczuć, jak to jest po prostu POBYĆ na tym świecie.

Jest trochę badań i głosów w środowisku naukowym, które sugerują, że kontakt tak małego organizmu z substancjami typu rtęć, czy starszego organizmu z „podobnymi dodatkami” – nie jest obojętny dla zdrowia. Ani tuż po narodzinach, ani dużo później. I w moim odczuciu to także wpływa na nasze oddalanie od siebie – wcale nie – mimochodem.

Tym bardziej, że zanim jeszcze zdążymy się rozgościć w tej nowej rzeczywistości, już za chwilę, już zaraz czeka nas przedszkole… tfu, żłobek. Bo jakby od przedszkola się zaczynało, to ominąłby nas stres związany z byciem daleko. I to nie tylko od mamy (czy głównego opiekuna).

 Ale i tu nie do końca się udaje. Bo zanim dziecko na dobre zacznie swoją przygodę z mową, już musi się nieźle nagimnastykować, żeby odnaleźć się w świecie żłobka – pełnym bodźców, niepewności i lęku przed rozłąką.

I nie jest to już żadną nowością, że właśnie w pierwszych trzech latach życia buduje się najgłębsza więź z opiekunem, a przedwczesna rozłąka może powodować niepokój i długofalowy lęk. To przecież czas budowania przywiązania, poczucia bezpieczeństwa i zaufania do świata (zob. John Bowlby, Mary Ainsworth, czy np. „Encyklopedia rodzice i dzieci”, praca zbiorowa, Park 2002,).

A im więcej bliskości, tym łatwiej pozostać sobie naprawdę – bliskim/ą. Z kolei każde przedwczesne rozdzielenie, nawet w dobrej wierze, może poszerzać dystans, który z czasem zakorzenia się nie tylko w naszej fizyczności, ale i w emocjach.

Po co ten żłobek?

Powodów jest wiele: od społecznego konceptu na szybkie „Mama wraca do pracy” czy „Aktywny rodzic”, przez kilka stówek więcej do domowego budżetu, po argumenty, że przecież „na te wszystkie 800+ też ktoś musi pracować” – i tu już każdy może sobie dopowiedzieć resztę.

Ale abstrahując od motywacji – właśnie tu, w żłobku, zaczyna się znane wielu rodzicom koło… a może raczej koło przerywane, bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy znów się zatrzyma, a kiedy na chwilę ruszy.

Kto przeżył żłobek, ten wie: katarek z gilem do pasa, tłumaczenie pani, że to „znowu ta alergia”, potem gorączka, nieprzespane noce, L4 i wartko proponowany antybiotyk na zmianę ze sterydem – czyli kolejna dawka chemii, która trafia w nas zdecydowanie za wcześnie. Trzy dni chodzenia, dwa dni przerwy i znowu to samo.

Po drugiej stronie „nieAktywny rodzic” – kolejny niedospany dzień w pracy, bo przecież „alergiczny katarek” czy ząbkowanie też zaraża, a jeszcze jedno L4 w tym miesiącu tylko pogłębia krzywe spojrzenia współpracowników z team’u. Tak to już jest z tym przerywanym kółkiem, które niby się kręci, ale jakby prowadzi donikąd – a już na pewno w tym czasie się nie domyka.

Jest jeszcze wariant z wyrywaniem z rąk w szatni, ale to już temat rzeka. A skoro o rzece mowa, to może warto czasem spojrzeć właśnie w jej stronę? A właściwie w stronę natury. Oddalenie od niej, która instynktownie podpowiada, kiedy być razem, a kiedy pozwolić na samodzielność – to też coś, co coraz częściej nam umyka. Nawet najbliższe nam ssaki, takie jak szympansy czy goryle, nie rozstają się z matką do kilku lat (nawet do 5). Fizyczną bliskość tracą dopiero, gdy naprawdę są gotowe, czyli nie wtedy, gdy zadecyduje o tym system. Dlaczego nam, mamom (w większości), tak trudno jest dziś wytrzymać z podlotkiem i cierpliwie czekać na ten właściwy moment?

Bo to już nie czasy, kiedy dziadki, ciotki i kuzynki kręciły się wokół tego samego domu, albo zaraz obok – czy też w kolejnej wiosce, by choć na chwilę doglądnąć malucha i dać odpocząć mamie, pomagając jej w tym ważnym życiowym przedsięwzięciu.
A może dlatego, że w świecie, w którym wszystko przyspiesza jest nam trudno odpocząć albo dojść do siebie, bo w kluczowym okresie po porodzie, kiedy hormony, sprawność mięśniowa, nastrój i psychika potrzebują miesięcy, by „wrócić do siebie”, mama zostaje oderwana na większość dnia równie mocno od potrzebnego jej wsparcia dorosłych – innych niż team’owe koleżanki. A jeśli trafi się na czas przerywanego koła, to zamknięta pośród betonowych ścian, i tak zostaje sama…Bo dzieje się w świecie, gdzie narracja społeczna o biznesmamie, parciu wyżej, mocniej, dalej i względy ekonomiczne – jak spłacanie trzydziestoletniego kredytu na start – sprawiają, że na zwyczajne bycie razem coraz trudniej znaleźć miejsce i czas. Coraz trudniej jest nam po prostu być – i zaufać, że to “bycie razem” jest najważniejsze. Nie dziwi więc coraz większa popularność szamańskich tańców, kręgów kobiet czy szeptuch i innych tego typu inicjatyw kolektywnych. Bo natury – tej prawdziwej i pierwotnej– oszukać się nie da.

A co potem?

A potem jest przedszkole. Kolejna dawka chemii w formie szczepionek przypominających i hops – znowu o krok dalej od siebie.

Co do lęków i oddzielenia, tu sprawa staje się już prostsza (choć wiele zależy od konkretnego dziecka). Generalnie przyjmuje się, że około czwartego roku życia dziecko jest już wystarczająco dojrzałe, by pójść do przedszkola – szczególnie jeśli samo szuka kontaktu z rówieśnikami i coraz bardziej pragnie samodzielności, czy wręcz niezależności od rodziców. Na przykład nie protestuje, kiedy na placu zabaw zostaje z ciocią.

A jeśli nie jest gotowe, a mimo to idzie – często zaczyna się cykl chorób i infekcji. Bo to nasze ciało- mądre jest i potrafi pokazać bunt również poprzez objawy psychosomatyczne.

Następnie szkoła. Ilość napisanych artykułów, podcastów, shortów i cały wzrost świadomości sprawiają, że już chyba nikt nie musi tłumaczyć, jak archaiczny bywa nasz system edukacyjny. Czasem, stojąc na apelu córki czy syna, naprawdę mam wrażenie, że przeniosłam się w czasie – sztandar, hymn, sekwencja po sekwencji, wszystko dokładnie tak, jak wtedy, gdy sama przekraczałam szkolne mury.

A potem to samo: siedzenie w ławkach, powrót do stylów gotyckiego i bizantyjskiego, druga wojna światowa na historii, pany tadeusze i cała reszta. Nie żebym miała coś przeciwko tym książkom – uwielbiam czytać i naprawdę wierzę, że czytające dziecko to mądry dorosły – ale… C’mon! Serio po tylu latach to samo?

W czasie, gdy mózg dziecka najbardziej chłonie świat i uczy się współpracy między półkulami, trenujemy… dostosowywanie się. Dostosowywanie do zasad, ocen i systemu, który milczy na temat najważniejszych spraw, z którymi przyjdzie nam się wkrótce zmierzyć: relacji, komunikacji, dorastania, podatków, finansów i wszystkiego, co tak naprawdę składa się na codzienne, dorosłe życie.

A że mamy dzieci kształtowane wcześnie – i to w większości nie przez nas – i przyzwolenie na to, co mamy, to nikogo już nie dziwi, że „z pomocą” w tym naszym oddalaniu przychodzą social media i te wszystkie wszechobecne internety. Wpatrzeni w brokaty, labubu i inne wyginające się bejby, złote kety czy obowiązkowo oryginalne Jordany, zagłuszani tekstami o wartości niższej niż poziom morza, wciągnięci w rozpraszacze na każdym kroku… lądujemy po czasie na różnych dywanikach, żeby skończyć z diagnozą ADHD czy innym zaburzeniem, które co chwilę przybiera nową nazwę.

 

A, i nikt nie skojarzy, że sklepik szkolny też ma w tym swoją “cegiełkę”. Bo mimo różnych programów naprawczych czy akcji zwalczania otyłości, jak stały w sklepiku kolorowe napoje, drażetki, błyszczyki w formie słodkich tubek i inne pięknie przyodziane – ale w niczym niepodobne do naturalnego – koloru smerfowego – waty w worku, tak stoją dalej.

To trochę jak z tą “zdrową żywnością” – osobno wyznaczona półka, segment z produktami bio, eko czy organicznymi, czyli takimi, jakie powinny być wszędzie. (Zakładam z zaufaniem, że z tym bio nie ma przekrętów, bo w coś wierzyć trzeba oprócz wiejskich kooperatyw spożywczych, czy jajek od kurek z wolnego wybiegu, od cioci).
No więc pytanie brzmi: a cała reszta półek i regałów – to co…?

Tak więc przeczucia, czy będzie podobny bardziej do mamy, czy do taty, z góry wydają się być trochę na wyrost – bo kombo systemu, chemii w ciele i na niebie, pomieszanej z kolorowym trunkiem i dawką prehistorycznej, mało życiowej wiedzy tworzy “coś”, a raczej kogoś, kogo coraz bardziej otwarcie szukamy: siebie.

I zanim się zorientujemy – pół życia za nami.
Za nami i z nami – oddalonymi od siebie.

A jednak wciąż próbujemy, czasem z własnej woli, czasem zmuszeni – przez depresję, wypalenie, chorobę, ratowanie się winem czy garstką tabletek – dojść do tego, „co ze mną nie tak”?

Ale dobrze, dobrze, że próbujemy. Bo wtedy jest szansa na to, by się zatrzymać i zadawać pytania. Jak na przykład takie:

Że może by tak zacząć od… początku?

0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze